Jeszcze jesień, jeszcze kolorowo, jeszcze powyżej zera. Jednak kiedy dzisiaj mijałam park, zapachniało końcem jesieni. Kolory wydały mi się bardziej szare. Przygaszone. Smutniejsze. Może zabrakło słońca? A może listopad, który stoi w progu tak mnie nastraja. Niezmiennie kojarzy mi się z miesiącem, w którym już i jeszcze. Już nie jesień, a jeszcze nie zima. Zazwyczaj przynosi pierwsze mrozy. Czasami pierwszy śnieg. I sprawia, że liście już tylko pod stopami szelszczą, zamiast szumieć na drzewach. A mimo to go lubię. Trochę przekornie. Lubię listopadowe wieczory z dobrą książką, którą czytam i dzięki której o wszystkim innym na chwilę zapominam. Lubię listopadowy zwyczaj parzenia pierwszej i każdej kolejnej zimowej herbaty z cytryną, pomarańczą i goździkami. Sama nie wiem, czy bardziej za smak czy zapach, który wypełnia całą kuchnię. Lubię ciepło bijące od komnika. I lubię listopad za to, że z jego nadejściem zaczynają się moje przygotowania do świąt. Zaczyna ogarniać mnie świąteczny nastrój, tak bardzo kontrastujący z listopadową aurą. Pieczemy pierwsze pierniczki. Piszemy listy do Świętego Mikołaja. Czytamy wigilijne opowieści i opowieści o zimie. Dmuchamy na zmarznięte szyby samochodu i rysujemy na nich serca. A w tym roku pewnie dodatkowo samoloty i walec ;) Koniecznie. Dla Chłopca. I rozpisałam się na temat listopada, którego jeszcze nie ma. O którym wcale dzisiaj nie zamierzałam pisać, a który zaprowadził mnie z końcem października do świąt ;)
Wracam więc do jesieni. I do Młodszej Siostry. Długo nie pisałam o przedszkolu. Czekałam na moment załamania, który zazwyczaj po kilku dniach lub tygodniach nadchodzi. Byłam gotowa nieść wsparcie, rozmawiać, przytulać, pocieszyć. Nie musiałam ;) Przedszkolny kryzys się nie pojawił i chyba nas najzwyczajniej ominął. A miałam tyle obaw. Tyle wątpliwości. Tyle "ale" do przedszkola, do którego trafiliśmy bardziej z konieczności niż z wyboru. Jest dobrze. Jest znacznie lepiej niż się spodziewałam. Pod każdym względem. Młodsza Siostra stawia w nim swoje małe milowe kroki. Coraz dokładniej koloruje, coraz staranniej rysuje, coraz pewniej wchodzi dla swojej sali - prawie zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy. I to cieszy najbardziej. Podobnie jak małe wielkie pamiątki, które przynosi czasami do domu. Jak ta papierówka - bardzo dosłowna ;) Stoi na moim biurku i aż pachnie. Tak mi się podoba.
Udanego wieczoru!
Jeszcze październikowego ;)
Młodsza Siostra, mimochodem, przygotowując ze mną śniadanie:
"Jesteś taka piękna. I taka dobra!"
I niczego więcej nie potrzeba mi do szczęścia oprócz takich słów i takich papierówek ;)