
Ten weekend zapamiętam jako niekończący się spacer krakowskimi uliczkami.
Z mapą w dłoni i słońcem ogrzewającym nasze policzki.
Z Dziewczynką i Chłopcem, którzy dzielnie pokonywali długie kilometry.
I szukali w Krakowie skarbu, o którym my nie miałyśmy pojęcia.
A potem złodzieja, który rzekomo wykradł ów skarb.
Goniłyśmy z Delie za małymi poszukiwaczami skarbów,
za czasem, który momentami biegł zbyt szybko,
od jednego punktu na mapie do kolejnego.
Przez Wawel, Rynek, Kazimierz.
Z przerwami na kilka spotkań.
Szalenie miłych.
Z przerwami na śniadanie, kawę, obiad i grzane wino.
Choć tego jabłkowego, które miałam w planie, nie spróbowałam.
Spróbowałam za to wspaniałej latte i konfitury bananowej w La Petite France.
I innych wspaniałości w miejscach, o których warto wspomnieć.
Ale to już temat na osobny post.
Bo sporo było tych miejsc i smaków ;)

Rozmarzyłam się na widok tych serów... Lubicie?
Wróciłam głową pełną wspomnień, kartą pełną zdjęć,
słodko-świątecznymi upominkami od Ani
i cudakami-zwierzakami, które wyczarowała dla nas Just.
A na nocnym stoliku Młodszej Siostry stanęła wczoraj czarna świnka-skarbonka ;)
Już właściwie nie bardzo czarna, ale tym piękniejsza.
Prezent do Chłopca.
Dziękuję Wam za ten weekend, za spotkania i za podarunki ;)
Weekend do niezapomnienia.
I do powtórzenia.
Koniecznie!
Dzisiaj przede mną bardzo zabiegany dzień.
Wypełniony po brzegi.
Na szczęście słoneczny!
Udanego poniedziałku!
I całego tygodnia ;)
p.s. Czy ma ktoś z Was może przepis na bananową konfiturę?
Tej w La Petite France nie można było kupić :(