
Nie wiedziałam, czy damy radę. Nie wiedziałam, czy dopisze pogoda. Młodsza Siostra już w samochodzie zapowiedziała, że jest zmęczona (godzina dziewiąta rano ;) i na pewno nie wejdzie na górę. Mieliśmy dwa nosidełka i nadzieję, że jednak się uda. Kiedy na parkingu spojrzałam na szczyt, pomyślałam, że to czyste szaleństwo. Niespełna trzyletni Chłopiec, który zasypia w południe, Czterolatka, którą nogi bolą na samą myśl o spacerze i Starsza Siostra, która jeszcze nigdy nie była na szlaku.
Spojrzałam na błękitne niebo, wystawiłam twarz ku słońcu i wyszeptałam ... witaj przygodo ;)
Piaszczysta droga po pewnym czasie zamieniła się kamienistą, górską ścieżkę. Młodsza Siostra z każdym kilometrem uśmiechała się coraz radośniej, a Chłopiec zupełnie zapomniał o swojej popołudniowej drzemce. Było ciepło i cicho. Patrzyliśmy pod nogi, spoglądaliśmy na las, który spadał zielonym zboczem w dół i odpowiadaliśmy na pozdrowienia.
Cześć! Dzień dobry! Hallo ;)
W pewnej chwili zobaczyliśmy na horyzoncie złotą łąkę. A ponad nią niebo błękitne i bezchmurne. I usłyszałam szept zachwytu Dziewczynki. I zrozumiałam, że to już ;) Że dotarliśmy na miejsce. Że daliśmy radę.
A kiedy stanęliśmy na Połoninie Wetlińskiej, obok Chatki Puchatka - najwyżej położonego bieszczadzkiego schroniska (1228 m n.p.m.) - i zamówiliśmy gorącą czekoladę, pomyślałam, że ten widok wynagradza wszystko. Że Bieszczady to nasza polska Toskania ;) Że wrócimy tutaj w październiku. Że czas kupić porządne buty i że właśnie zaczął się nowy etap w naszym życiu.
W drodze na szczyt znalazłam kamień z dużym i małym sercem. I przypomniałam mi się nasza ostatnia akcja blogowa ;) Pamiętacie?

Nasze radośnie podniesione kciuki, kiedy dotarłyśmy do celu. Dziewczyny i ja!

Chwilę później siedzieliśmy wszyscy na zboczu, ukryci przed wiatrem, zmęczeni i bardzo szczęśliwi. Czas na piknik. Czas na wodę, kanapki, gorącą czekoladę, coś słodkiego. Czas na chwilę wytchnienia. Zapatrzeni, zasłuchani w szum wiatru, zamyśleni patrzyliśmy na Dzieci, które gubiły śmiech w złotych łąkach, w morzu traw, z którego raz po raz wyłaniały się rumiane, radosne twarze.
Ta chwila mogłaby trwa w nieskończoność.
Podoba Wam się takie miejsce na piknik? Bo mi bardzo ;)))

Gdy wróciły siły pomyśleliśmy, że może jeszcze spacer? Wybrałam się więc z Młodszą Siostrą grzbietem Połoniny Wetlińskiej, gdzie przebiega Główny Szlak Beskidzki. Czerwony ;) Nie mogłam się nadziwić, ile energii znalazła nagle w sobie ta Mała Dziewczynka. Jej ciekawości tego, co znajdziemy za kolejnym zakrętem, Jej wrażliwości na otaczającą nas przyrodę... Szalenie miłe.
Mamo, jaki ten obraz jest piękny!- wyszeptała, oglądając się na górę i na schronisko, które powoli zostawało daleko za nami.
Mamo, prawda, że jestem najdzilniejsza?
Prawda ;)
Radzę sobie jak kozica górska!
A jakże! Pomyślałam. To był zdecydowanie dzień Wielki Dzień Młodszej Siostry. Przeszła najwięcej kilometrów, ani prze chwilę się nie poddając i nie prosząc o nosidełko. Najdzilniejsza Dziewczynka ;)
A potem wiatr chciał nam porwać szal.
I zrobiło się chłodno, choć słońce nadal wisiało wysoko nad naszymi głowami.
I pomyślałyśmy, że czas wracać.
Czas na gorącą herbatę w Chatce Puchatka. Z cytryną.
Czas na kolejną przerwę, zanim zaczniemy schodzić w dół.
Na Głównym Szlaku Beskidzkim. To co przed nami...

I Chłopiec - już w nosidełku.

I Chatka Puchata, która z każdym krokiem stawała się coraz mniejsza, aż w końcu zniknęła za kolejnym zakrętem.

Szlak czerwony, który Dziewczynka przemierzała nader dzielnie.

Zimno, ciepło. Uwielbiam gorącą herbatę z cytryną. W takich miejscach smakuje szczególnie ;)

A na koniec Sushi. Najdzielniejszy pies, który wspólnie z nami i naszymi Przyjaciółmi przemierzał Bieszczady. Bez nosidełka ;) Brawo!

Taka była nasza niedziela.
Takie widoki mamy na wyciągnięcie ręki.
W takie miejsce los rzucił mnie niespodziewanie i wbrew mojej woli.
Kiedy dzisiaj o tym myślę, jedyne, co mi przychodzi do głowy, to powiedzieć mu
dziękuję ;)
Wspaniałego tygodnia Wam życzę!