
Trzydniowe święto podkarpackiego pogranicza. Krośnieński rynek wypełniony po brzegi, gorący wczesny wieczór i unoszący się w powietrzu zapach gasnącego lata. Byłam ciekawa tego wydarzenia, które miało zastąpić dotychczasowy Festiwal Win Węgierskich. W programie - obok degustacji win z Polski, Ukrainy, Słowacji i Węgier - przewidziano promocję turystyki, muzyki i kuchni tychże krajów. O ile muzyka niosła się ciszej lub głośniej ponad naszymi głowami, a ludowe stroje zachwycały (!) kolorami i misternością wykonania, o tyle regionalne smaki mnie rozczarowały. Można było odnieść wrażenie, że tradycyjne potrawy w krajach wyszehradzkich to wyłącznie pieczywo, sery i kiełbasa z grilla. A ja liczyłam na węgierskie langosze, pikantny gulasz, ukraińskie wareniki... Można by długo wymieniać i zapełnić regionalnymi potrawami niejeden, niemały stół ;) Wprawdzie Słowacja, na stoisku pod baranią głową, serwowała brynzové halušky oraz pajdy pieczonego chleba z serem, ale papieros w dłoni kobiety, która nakładała te przysmaki skutecznie nas zniechęcił do degustacji. Polską kuchnię, raczej skromnie, prezentowało na jednym stoisku KGW (Koło Gospodyń Wiejskich), podejmując chętnych bigosem i pierogami. Niewiele tego, prawda?
Były również miłe niespodzianki. Najbardziej zaskoczył nas wybór tutejszych serów - świeżych, dojrzewających i dojrzałych. Serów krowich, owczych oraz kozich. Prawdziwa serowa uczta, na słono, na ostro i na słodko. Bardzo smakował mi ser z czarnuszką i ser naturalny dojrzały. Nie miałam pojęcia, że takie smakołyki można znaleźć na naszym, rodzimym rynku.



Na słodko moim faworytem okazały się drożdżowe pączuszki o smaku serowym. Nie znam ich węgierskiej nazwy, ale jeśli ktoś wie, jak je zrobić, to uśmiecham się szeroko z prośbą o przepis ;)

Ciekawie prezentowały się stoiska z pieczywem - w szczególności te, na których w czasie festiwalu pieczono chleby, bułki i proziaki. Tych ostatnich po raz pierwszy skosztowałam w gospodarstwie agroturystycznym, gdzie dwa lata temu spędzaliśmy letnie wakacje. Gospodyni piekła je specjalnie dla nas i podawała jeszcze gorące ;) I tym razem nie mogłam ich sobie odmówić.



Na koniec kilka słów o winach. Odniosłam wrażenie, że było ich zdecydowanie mniej niż w poprzednich latach. I że były droższe, choć wcale nie lepsze. Najbardziej smakowało - tradycyjnie już ;) - białe, węgierskie, domowe wino, rozlewane z dzbanka.



Na zdrowie!


Czego mi zabrakło? Oprócz dobrej kuchni, której było zdecydowanie za mało, zabrakło mi również sztuki ludowej. Hafciarek, bibułkarek, garncarzy, wikliniarzy... Zdarzały się takie stoiska, jednak zbyt skromne, za mało wyeksponowane, ginące w cieniu tych z plastikowymi, chińskimi pamiątkami, które w tamtych dniach, w tamtym miejscu nie powinny były się znaleźć. Cóż, może następnym razem? W połączeniu z ciekawymi warsztatami dla dzieci i dorosłych?

Mimo niedosytu, sobotni wieczór zaliczam do udanych.
Mimo małych rozczarowań, z przyjemnością wrócę tutaj za rok, na kolejny festiwal, po kolejne wrażenia.
A dzisiaj już tęsknię za Dziewczynkami i za Chłopcem.
Choć wiem, że za jakiś czas zatęsknię za czasem dla siebie i tylko we dwoje.
Jutro spotkanie ze Starszą Siostrą.
Pojutrze Chłopiec i Młodsza Dziewczynka wbiegną do domu.
A ja przywitam Ich z mokrymi oczami i zatopię się w wypełnionej dziecięcym śmiechem codzienności ;)
Udanego tygodnia!



































